reklama

Dowody szaleństwa

Łosice

2016-01-22 10:43:22 liczba odsłon: 2931

Wczoraj (21 stycznia) zmarł Bogusław Kaczyński. W 2009 roku na łamach Tygodnika Siedleckiego ukazał się wywiad którego ta wielka osobowość kultury i mediów, udzieliła Tomkowi Markiewiczowi. Warto sobie go teraz przypomnieć.

reklama

W Polsce szanuje się takie zawody, jak lekarz czy prawnik. A muzyk, śpiewak, artysta? „To jest zawód?” - myślą niektórzy. Pan natomiast napisał w swojej biografii: „Żeby zrobić karierę, trzeba wyrzec się wszystkiego, co mogłoby temu przeszkodzić, zmobilizować siły i ofiarować sztuce kawał życia”. Wniosek: bycie artystą to ogromny ciężar!

- Przede wszystkim psychiczny, chociaż także fizyczny. Te nieprzespane noce, chwile niepewności i zmartwienia, wybieganie myślą w przód, do występu... Czy wszystko będzie dobrze, solidnie? A co, jeśli ktoś się pomyli? To strasznie ciężki ładunek emocjonalny, który trzeba udźwignąć. A nie zrobi się tego od razu, z marszu. Tę umiejętność można nabyć tylko przez lata studiów, zdawanych egzaminów i lata popisów szkolnych.

Agnieszka Holland powiedziała w jednym z wywiadów: „Stopień wewnętrznego napięcia artystów, ich lęków, ambicji jest tak wielki, że trudno oczekiwać, żeby byli poczciwcami”. Zgadza się Pan z opinią, że każdy artysta to trochę potwór?

- Myślę, że w tym stwierdzeniu jest część prawdy. Widziałem sztukę, w której wielka aktorka Anna Polony grała Sarę Bernhardt. To była kobieta nietuzinkowa, boska, świat się w niej kochał - ale dlatego, że była trudna oraz wymagająca. Artysta ma prawo, z powodu swojej wybujałej osobowości, być nieznośny i wywoływać skandale, ale pod warunkiem, że sam jest doskonały. Maria Callas mówiła: „Żądam od moich partnerów doskonałości wykonania. Kiedy jej nie ma, jestem nieznośna”. Ale ona najpierw tej doskonałości wymagała od siebie. Nie bawiła się w teatrzyk, w którym ktoś ciągle coś knoci, a ona ma pięknie śpiewać. Wszyscy jej współpracownicy musieli poświęcić sztuce całe serce.

 

Podczas spotkania ze słuchaczami Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Siedlcach stwierdził Pan: „Mam szczęście do wariatów, którzy zdobywają mój telefon i wydzwaniają”. Zdradzi nam Pan najbardziej zwariowany dowód sympatii, z jakim się spotkał do tej pory?

- Dowodów szaleństwa było dużo. W swoim czasie miałem nawet teczki, gdzie, na wszelki wypadek, chowałem wszystkie takie listy. Powiem panu tak: tych ludzi dotykały nieszczęścia, a ja padałem ofiarą tych nieszczęść. Jedna pani pisała do mnie, że muszę być jej mężem, że będziemy się razem modlili i stworzymy szczęśliwą rodzinę. Inna z kolei, że mam oddać jej klucze do mieszkania, zwolnić służbę, opróżnić lodówkę, a ona przyjedzie w piątek o piątej. I przyjechała, wyobraża pan sobie? I inny przykład: kiedyś pewna chora psychicznie kobieta spała na mojej klatce schodowej cały sylwestrowy wieczór i przez Nowy Rok. Jak się potem okazało, była profesorem uniwersytetu. Patrząc na mnie w telewizji, wydumała sobie, że byliśmy parą przed pierwszą wojną światową i że wkrótce potem została zamieniona przez złe moce w starą kobietę. Uważała, że tylko moja miłość spowoduje, iż znów będzie piękną księżniczką. Mój ojciec aż się rozchorował, bo nie mógł objąć umysłem, dlaczego starsza kobieta leży u mnie na wycieraczce pod drzwiami dwie doby. Finał był taki, że policja zabrała tę panią i odstawiła do szpitala psychiatrycznego.

 

Zdarzały się szalone dowody sympatii z Siedlec?

- Raz zjawiła się w teatrze pani, która oznajmiła, że jest z Siedlec. Powiedziałem: „Dzień dobry, witam panią”, a ona: „Jak to panią?”. I zdziwiła się, że jej nie poznaję. W pierwszej chwili pomyślałem: „Pewnie koleżanka ze szkoły podstawowej. Tyle lat minęło, mogę nie pamiętać”. Ale ona mówiła dalej: „Mieliśmy romans w Siedlcach. Pan wyszedł z domu na chwilę, miał wrócić i nie wrócił”. Zamarłem z wrażenia. Na szczęście błyskawicznie zareagowałem, mówiąc do portiera, który stał obok: „Proszę wezwać policję”. I wtedy ta pani uciekła. Ale jeszcze dłuższy czas pisała listy, oskarżając mnie, że jestem potworem, który wypiera się narzeczeństwa z nią. I że jej sąsiadki opowiadały, jakobym u niej był, tylko jej nie zastałem w domu i wobec tego odjechałem. To straszne historie. I dotknięci szaleństwem niebezpieczni ludzie, po których nie wiadomo, czego się spodziewać.

 

Muzyka, koncerty i festiwale wypełniły Panu niemal połowę życia. A teraz, po przebytej chorobie, rytm życia Bogusława Kaczyńskiego jest ponoć inny. Mówił Pan w wywiadach, że odtąd będzie smakować życie.

 - Obiecałem sobie już kilka razy, ale mi to nie wychodzi. Mój kalendarz robi się coraz bardziej wypełniony. Piszę dwie książki, wydaję serię płyt, prowadzę impresariat i wydawnictwo artystyczne, jestem w telewizji, w radiu, jeżdżę z koncertami po całej Polsce... Bez przerwy.

 

Nie potrafi Pan czerpać jednocześnie siły i z życia prywatnego, i ambicji zawodowych?

 

- Niestety, nie. Wie pan, przez lata nie miałem odpoczynku, ale jestem najwybitniejszym na świecie specjalistą od planowania urlopu. Najwybitniejszym! Nikt nie ułoży planu urlopu tak precyzyjnie jak ja. Wiedziałem, co będę robił w: maju, czerwcu, lipcu czy sierpniu. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Tylko kiedy rozpoczynał się maj, mówiłem: „Nic z tego nie wyjdzie, bo terminy, obowiązki... Odkładam na czerwiec”. Potem też miałem wymówkę: „Muszę coś skończyć, nagrać... Radio, telewizja... Ale w lipcu to już na pewno”. I planowałem szczegółowo wyjazdy: Serpelice nad Bugiem, Klepaczew, cudowny miesiąc na wsi i miesiąc zagranicą. Jednak gdy zaczynał się lipiec, wiedziałem, że w tym roku już nie dam rady, bo festiwal. I tłumaczyłem sobie: „W przyszłym roku będzie inaczej. Nie ma mowy, będą piękne wakacje”. Ale wiem doskonale, że nic z tego nie wyjdzie.

 

A wymarzone wakacje to te w Serpelicach nad Bugiem?

- I w Klepaczewie. Wyjechałbym i miesiąc tam siedział, byłoby cudowne. Tylko, wie pan, kiedy byłem młody, miałem już dosyć Serpelic, Klepaczewa i marzyłem, leżąc nad Bugiem: „Jakby to było pięknie - morze szmaragdowe, ocean, plaże złociste, palmy się kołyszą, słońce...”. Potem były te plaże. A teraz mówię, że żadne palmy i żadne wody szmaragdowe! Tylko Serpelice - te cudowne lasy, pachnące łąki i wyręby, gdzie zbiera się poziomki i jagody. Tylko tam!

Komentarze (9)

Komentarz został dodany

Twój komentarz będzie widoczny dopiero po zatwierdzeniu przez administratora

Dodanie komentarza wiąże się z akceptacją regulaminu

  • najstarsze

  • najnowsze

  • popularne

reklama
reklama
reklama
reklama
Klauzula informacyjna
Szanowny Użytkowniku

Wydawnicza Spółdzielnia Pracy „Stopka” zaktualizowała swoją Politykę Prywatności. Portal tygodniksiedlecki.com używa cookies (ciasteczek), aby zapewnić jak najlepszą obsługę naszej strony internetowej. Wydawnicza Spółdzielnia Pracy „Stopka” i jej Zaufani Partnerzy używają plików cookies, aby wyświetlać swoim użytkownikom najbardziej dopasowane do nich oferty i reklamy. Korzystanie z naszego serwisu oznacza to, że nie masz nic przeciwko otrzymywaniu wszystkich plików cookies z naszej strony internetowej, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Można zmienić ustawienia w przeglądarce tak, aby nie pobierała ona ciasteczek.